poniedziałek, 6 września 2010

Wędrówka.


Psalm 23

Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.
Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza.
Stół dla mnie zastawiasz
wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity.
Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy.





Stoję u progu nowego etapu w moim życiu. Stoję też na krawędzi etapu, który za mną mija. Koniec i początek – a ja przez kilka miesięcy jestem gdzieś między.
To jest tak.. jakby ktoś cię pchał w tym, wydaje się, dobrym kierunku, ale jednak nie możesz się przecisnąć dalej, bo przed tobą wyrasta wielki mur. Widzisz szczelinę, jesteś w stanie obserwować co się za nią znajduje, ale wciąż nie jesteś w stanie się dostać na drugą stronę. A przy tym nacisk na ścianę jest coraz mocniejszy.
Co widzisz za tą ścianą? Ja widzę nowy świat. Nowego, mocniejszego mnie.

Zaczynasz się głowić „jak dostać się przez tą cholerną ścianę?!” i „czy to w ogóle wykonalne?”
Powiem od razu, że tak – to jest wykonalne. Przynajmniej ja w to wierzę.
Myślisz nawet, aby poprosić kogoś o pomoc. To niegłupi pomysł. Podróż w pojedynkę bez kompana, który swoim doświadczeniem mógłby Ci udzielić wielu cennych wskazówek może mieć odwrotne skutki, niż byś tego oczekiwał. Stawianie na siebie na tym etapie jest bardzo ryzykowne, bo co się stanie jak się okaże, że jesteś jeszcze chłopczykiem, który przez przypadek znalazł się w tym prawdziwym męskim świecie. Świecie podbojów, zdobywania i przygód. Często taki chłopczyk wystrasza się tego i biegnie z płaczem do mamy, co jest bardzo naturalne. Trauma jednak pozostanie, może słowo RANA w tym przypadku byłoby lepszym określeniem. Tak, rana.

Ja do tej pory do wszystkiego musiałem dochodzić sam. Bez pomocy mężczyzny starszego, doświadczonego. Z prostego powodu – wychowałem się bez ojca.
Na całe szczęście w rodzinie był jeszcze dziadek, od którego powinienem był czerpać ile mam tylko mocy i czerpałem. Tylko potem musiałem wszystko na nowo zrewidować. Wyrzucić co niepotrzebne. Okazało się, że jest jeszcze ktoś. Ktoś komu na mnie bardzo zależy. Ktoś kto był ze mną od początku. Ktoś kto powiedział do mnie ostatnio prawie wprost „ Jesteś moim Ukochanym Synem”.

Ojciec okazał się być mi najlepszym kompanem. W moim życiu stawiał ludzi, którzy uczyli mnie wielu potrzebnych dla mojego serca rzeczy. Dla przykładu – dziadek nauczył mnie jak się zakłada robaka na haczyk, co zrobić jak haczyk zaplącze się w wodorosty i w końcu jak zarzucić haczyk z robakiem do wody i wyciągnąć z niej rybę. Nie zapomnę chwili kiedy złowiłem swoją pierwszą rybę. To była płotka. Nie śmiejcie się. Miałem wtedy może 11 lat. Dla mnie to było co coś. Jeszcze jak usłyszałem radosny śmiech mojego dziadka „Ho ho! Dobra robota synek!”. Mówi do mnie tak do dzisiaj – „synuś”. Po tamtych słowach urosłem wydawało mi się o jakieś pół metra, chodziłem w garniturze i wszyscy do mnie mówili per Pan. Nie poprzestałem na tym. Nałożyłem jeszcze jednego robaka i zarzuciłem z powrotem wędkę. Liczyłem teraz na coś większego.

W tym roku pierwsza praca. Tylu było mistrzów, od których mogłem się uczyć… Ojciec mi nie poskąpił i czerpałem z tego całą gębą. Aż do teraz. W końcu wiem jak to jest zarobić pieniądze, wiem ile to kosztuje. Pamiętam jaki był zbity po dwunastu godzinach harówy. Pamiętam ile to mnie na początku kosztowało. Mam teraz wielki szacunek do ludzi, którzy całe życie tak pracują. Jeśli myślisz drogi kolego, że Twoja praca jest ciężka, bo siedzisz po osiem, dziesięć godzin za biurkiem i szperasz w stercie papierów to zapraszam, abyś wyszedł na dwór, wziął w rękę łopatę i przekopał dwieście metrów wzdłuż na około 50 cm głębokości i 40 szerokości chociaż tyle.

I teraz właśnie stoję przed pytaniem co dalej. Etap poznawania mam takie wrażenie, że już za sobą. Teraz przyszedł czas trochę powalczyć.
Mężczyzna nie staje się wojownikiem tylko dlatego, że ma wspaniały rynsztunek i kilka wygranych pojedynków na drewniane kije.
Teraz nadszedł czas by kije zastąpić ostrym mieczem, nadszedł czas by zbroję pokrył pył i brud w ferworze walki. Nadszedł czas, aby udowodnić, że zasługuję żeby być Jego Ukochanym Synem.

Jadę w góry. Nie sam. Jadę po odpowiedzi na pytania, które nie dają mi spokoju. Jadę, żeby wejść na nowy etap w moim życiu. Jadę, aby przekonać się czy mam wszystko czego potrzeba.

Proszę o modlitwę.

Z Bogiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga