Wróciłem. Cały i zdrowy. Silniejszy to na pewno. Pewniejszy siebie, a raczej Jego.
Cały mój pobyt w górach był chyba pod hasłem "Jak sobie życzysz...". Dlaczego?
Wyjechaliśmy w zasadzie o 19:00 w poniedziałek. Jechaliśmy całą noc. Długa to była noc, ale nie poskąpiła nam towarzystwa. Wsiedliśmy do przedziału, z którego właśnie wychodził jakiś przestraszony człowiek. W sumie nie zastanawiałem się dlaczego wyszedł... bo miejsca w pociągu i tak było mało, dlatego wparowaliśmy do prawie pustego przedziału. Prawie pustego.
W "prawie pustym przedziale" (PPP - tak będę o tym pisał) siedział kark, przeciętny jak na karka. Zbudowany masywnie z lekkim brzuszkiem siedział i się nie odzywał do czasu. Po tym jak się rozsiedliśmy wygodnie, zaczęła się gadka, nie wiem kto zaczął - to teraz mało istotne. Pierwsze słowa jakie padły z ust Karka to bluzgi skierowane w stronę gościa, którego mijaliśmy przy drzwiach przedziału. Dlaczego? Okazało się, że ów biedak okazał się za mało ciekawy, za nudny i za mało rozmowny dla Karka. Po soczystych epitetach, przyszedł czas na przedstawienie się. Kark wyciągnął wielką łapę w moim kierunku i oznajmił swoje imię, którego niestety nie dane mi było zapamiętać, dlatego zostanę przy pseudonimie "KARK".
Kiedy minęła już część oficjalna zaczęła się poważna rozmowa. Rozmowa o Karku. Po tej rozmowie jasne mi było dlaczego koleś wyszedł z przedziału i usiadł w zupełnie innym wagonie.
Okazało się, że usiedliśmy z Karkiem, który parę dni temu wyszedł z więzienia. Jechał teraz do swojej dziewczyny na Śląsku (nawet pokazał ją nam w swojej komórce zaraz po filmikach z youtube'a, które swoją treścią nie wnosiły niczego mądrego). Okazało się też, że koleś ma skłonności kabaratowe - miał też typowo estradową buźkę... Bez paru zębów, twarz wyżarta jak sądzę przez jakże udane całodzienne libacje. Miód malina jednym słowem. Mówił sam o sobie, że "jest zdrowo pierd******" i że ma szajbę i dobrze mu z tym. bo on wie, że jest świrem. Po tych słowach zacząłem się martwić.
Kolejna część podróży (ciągle ta sama Białystok - Warszawa) minęła na wspaniałej wymianie żartów...
Wiecie co... droga z Warszawy do Krakowa nie wymęczyła mnie tak bardzo jak ta z Białego do Wawy... Daję słowo, to było bardzo męczące - non stop nawijać o niczym... Na szczęście kiedy dojechaliśmy do Warszawy musiał wsiąść w pociąg do Wrocławia...
Ten kawałek drogi to był tylko wstęp do mojej przygody. Od teraz będę pisał o tej podróży "moja przygoda" - będzie mi łatwiej.
To był wstęp do rozdziału - POKORA.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz