niedziela, 17 października 2010

Skąd wiesz...

"Skąd wiesz, że akurat Bóg chciał Ci coś przekazać?"

Nie wiem. Nic nie jest pewne jeżeli chodzi o wiarę. Pewne jest twoje zaufanie. Mówiąc twoje mam na myśli każdego z osobna.
Widzisz. Ja mu ufam. Wcześniej musiałem uwierzyć, że po prostu jest. Teraz jest czas budowania zaufania jak w relacjach z ludźmi.

Nie potrafię na tą chwilę więcej o tym napisać, bo.. przykro mi to mówić, ale spieprzyłem sprawę.
Wyjechałem na studia. Warszawa. Naprawdę mam tu tyle możliwości i nie tylko ja, ale wybaczcie - będę pisał w pierwszej osobie. Chodzę na warsztaty teatralne, które swoją treścią biją dotychczasowe moje zajęcia w rodzimej miejscowości na głowę. Zacząłem chodzić do profesjonalnego chóru, który zdobywa nagrody, jeździ po Polsce i tak dalej. Na uczelni wiedzie mi się całkiem dobrze - może to dlatego, że to dopiero początki. Tak jakby, wszystko od niechcenia mi wychodzi. A jednak czuję, że ktoś, mimo tego, że spieprzyłem, ciągle trzyma nade mną swoją dłoń. Czuwa.

To jest naprawdę cholernie przykre. Wiesz, że jest, że się opiekuje, że czuwa a jednak masz go głęboko w poważaniu. To jest najbardziej przykre z całej tej historii.

Przyjechałem na miejsce. Rozpakowałem się - zająłem swój kąt w pokoju dzielonym na dwie osoby. Kolegi jeszcze nie było, nie przyjechał. Miał być kilka dni później. Usiadłem na pufie i pomyślałem: "Skończyło się."
Siedziałem kilka chwil i w zasadzie o niczym nie myślałem konkretnym. Patrzyłem się tępo w okno. Zawiecha - ktoś by powiedział.
Potem wstałem i powiedziałem - na głos tym razem: "Zaczęło się..."
I rzeczywiście się zaczęło. Cieszę się z tego czasu. Jestem wszystkiego co się dzieje w okół mnie świadomy na sto i jeden procent. Z tego też się cieszę.

Skąd wiadomo, że to ta właściwa droga?
Nie wiadomo. Ale nigdy, ta droga prawdziwa, nie była usłana różami.

Wiecie to strasznie dziwne. Byłem u siebie w domu było wspaniale. Przepełniony normalnie Bogiem, moim Tatą. A tutaj? No kur** chciałoby się napisać...

I wkurwia mnie to wszystko. Naprawdę. Płeć piękna wcale mi nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Miesza, mąci mi w głowie...
Tyle ciepłych słów, gestów do momentu wyjazdu z Domu nie usłyszałem jak tutaj przez dwa tygodnie. A w spojrzeniach innych się gubię.

Powiem tak:



Powoli to wszystko ogarniam, bardzo powoli. Powinienem z innej strony zacząć to robić, ale jak zwykle - nie wyszło.

Jak określić ten czas? Tak jak ten post. Wyrwany z kontekstu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga